Czwartek, 28 maja 2026
Kategoria znasz li ten kraj
Tur de Świętokrzyskie - Sandomierz-Opatów
Wypad rowerowy zaplanowany od miesiąca z założeniem ,że pod koniec maja chyba nie będzie problemów z pogodą. I to pierwsze założenie pęka na wstępie, bo wtorek był wietrzny, środa była wietrzna i niestety czwartek także okazał się wietrzny, a jak wiadomo w Kieleckim nawet jak gdzie indziej ledwie dmucha to tu piździ. I niestety przy założonym kierunku jazdy ze wchodu na zachód zimny wiatr był domeną całego wyjazdu, ale na podsumowanie przyjdzie czas.
Z niewielkiego dworca w Sandomierzu, który jest na prawym brzegu Wisły wysiadam wraz z ociężałym rowerem na niski peron i o ile w pociągu sądziłem ,że jest zimno bo działa klima, to na peronie okazuje się, że jest zimno bo jest zimno.

Sandomierskie zabytki widziane z mostu na Wiśle © teich

Wisła jeszcze przed połączeniem z Sanem © teich
Szkoda czasu na pieszczoty ruszam, przez most na Wiśle i jadę pod skarpę wiślaną aż do drogi 777 , która ma mnie wyprowadzić na właściwy kierunek. Na moście, w otwartym terenie czuję siłę wiatru i jego działanie nie tylko intensyfikujące chłód ale również spowalniające poruszanie się, niemniej już na pierwszym podjeździe okazuje się ,że wyjazd będzie pod znakiem intensywnej pracy przerzutek. Przy dojechaniu do Biedronki, za którą odbija droga na Zawichost mam już mokre od potu koszulki na plecach. Niby jest mi ciepło ale dokuczliwy chłodny wiatr wiejący teraz częściowo od przodu a częściowo z boku odbiera mi dość szybko poczucie termicznego komfortu. I tak walcząc z materią ciała dojeżdżam przez Dwikozy do Słupczy, gdzie zgodnie z rozpiską mam wypatrywać skrętu w lewo z ogólnym kierunkiem na dwór w Śmiłowie. Zaplanowany skręt znajduję prawie po przejechaniu całej miejscowości, odbijam w lewo i.... mam przed sobą podjazd z nachyleniem 6%. Jest ciężko ale tylko do połowy. Od połowy zaczynam pchać rower pod górę idąc z buta. Mija mnie traktor ale jego silnik również pracuje z dużym wysiłkiem , co usprawiedliwia moją decyzję podejścia pieszego .. Każdy podjazd się kiedyś kończy i jak już będąc na w miarę wypłaszczonym terenie, ruszam dalej naciskając na pedały . I niestety zamiast cieszyć się widokami to klnę na otwarty teren po którym wiatr hula bez ograniczeń.
W pewnym momencie dosyć zaskoczony widzę tablice Psary, co koresponduje z moją rozpiską nawigacyjną by uważać na mało czytelny skręt na Prusy, skręt odnajduję bez problemu i zmiana kierunku z czołowego na wiatr na boczny do wiatru przynosi trochę ulgi i jeszcze kilka kilometrów i pierwszy zaplanowany obiekt - dwór w Śmiłowie.

Zabytkowy dwór w Śmiłowie © teich
Odbijam się od zamkniętych drzwi- trzeba telefonicznie uzgadniać chęć zwiedzenia. Patrzę więc jedynie przez okna do wnętrza i widzę sporo ciekawych sprzętów dworskich. Może kiedyś będzie okazja zwiedzić w środku? Tymczasem ruszam dalej podbudowany , że za mną już 43 z zaplanowany około 70 kilometrów. O naiwności- to nie był dystans tylko prędkość maksymalna, wyszło to dopiero ze 2 godziny drogi dalej, gdy zmęczenie wzrosło a pokonany dystans stanął w miejscu.
Ale wracając do wypadu przed sobą miałem środkową część trasy , stosunkowo najłatwiejszą nawigacyjnie. Ogólny kierunek znów na zachód czyli czołowo na wiatr ale z niewielkimi podjazdami. I tak młócąc korbą dojechałem do celu nr 2 na ten dzień czyli Ćmielowa a w nim do żywego muzeum porcelany.

Fabryka porcelany w Ćmielowie © teich
W muzeum nie byłem , ale kwadrans spędziłem w przyfabrycznym sklepie i jednocześnie części muzeum- nie tyle ciekawiły mnie przedmioty co możliwość zagrzania się z przepoconymi koszulkami. W pewnym momencie nawet zajaśniało słońce co wykorzystałem na skierowanie się do sklepu i zjedzenie pierwszego posiłku , choć było to po 13. Przerwa na konsumpcję pod Stokrotką trwała coś koło pół godziny, niedojedzone parówki spakowałem do sakwy i ruszyłem dalej. Odpoczynek i zaspokojenie głodu uśpiło moją czujność i zamiast skręcić od razu na Drzenkowice dojechałem aż dwie miejscowości dalej do Grójca by uznać ,że coś jest nie tak. Tym razem rzut oka na papierową mapę pokazywał, że nadłożyłem drogi. Ale najgorsze było to, że najbliższa droga do Drzenkowic miała znów katorżnicze nachylenie, które pokonałem całe na rowerze ale z prędkością równą przemieszczającemu się piechurowi. Po wjechaniu na w miarę płaski teren widoki owszem przednie, ale ekspozycja na wiatr znów bezlitosna. Z Drzenkowic raptem może dwa kilometry do średniowiecznego kościoła w miejscowości Wszechświęte.

Kościół pw. Wszystkich Świętych w miejscowości Wszechświęte © teich
Kościół nawet widzę z daleka- stoi na wzgórzu (jak prawie wszystkie kościoły w tych okolicach) Ale na około kilometr przed kościołem okazuje się ,że moja droga odbija w prawo gdzie indziej , niż widziany z daleka kościółek. Niemniej od rozstajów dosłownie może z 500 metrów i melduję się przy średniowiecznym kościele p.w. Wszystkich Świętych- stąd zapewne nazwa miejscowości. Niestety odrzwia zamknięte- nic nie zobaczę z wnętrza.
Dwie fotki , cel nr 3 odkreślam i siadam na rower jadąc już ostatecznie do Opatowa. Po drodze okazuje się , że widoczny z daleka kościół, to kościół obronny w Ptkanowie, ale jestem już tak umęczony kolejnymi podjazdami , które na takich bocznych drogach nie mają nawet informacji o stromości podjazdów, że gdy przejeżdżam obok kierunkowskazu do tego kościoła i widzę jaką wysokość znów mam pokonywać w pionie odpuszczam. Dalsza droga do Opatowa jest już w miarę łatwa i kierunek wiatru mam trochę z boku trochę w plecy, taka odmiana.
W Opatowie melduję się ok 16, ale nie ma chętnych oprócz mnie na zwiedzanie, więc pani powiedziała bym zjawił się o 17 , wtedy otworzy kolegiatę i oprowadzi mnie z innymi turystami. Objeżdżam więc Opatów i 17 melduję się w PTTKu , niestety dalej jestem jedynym chętnym do zwiedzenia kolegiaty, ale pani nie robi już problemów i za 10 zł wejściówki oprowadza mnie po bieżnie po wnętrzu, ale wiadomości płyną jej prawdziwą rzeką z ust , widać, że chętnie poświęciła by mi 2 godziny a nie 2 kwadranse.

Wnętrze kolegiaty pw. św. Marcina - perła Opatowa © teich

Brama Warszawska w Opatowie © teich
A jest co podziwiać we wnętrzach tego kościoła. Wyszedłszy ok 17.30 konstatuję, że nie przypiąłem w ogóle roweru- na szczęście nie trafił się żaden zły człowiek i nie odjechał rowerem z prawie całym moim dobytkiem wyjazdowym. Pytam jeszcze o bankomat i tu jest zagwozdka , we wskazanym przez panią miejscu nie było bankomatu, ale była inna uczynna pani, która zapytała swoją sąsiadkę, która zapytała córkę, która powiedziała, że bankomat będzie na pewno przy Biedronce. Na szczęści tam był i po pobraniu pieniążków i zrobieniu małych zakupów na kolację udałem się do Okaliny, gdzie wcześniej miałem umówiony nocleg pokonując siłą woli i ostatkiem sił kolejny podjazd.
W motelu gorący prysznic postawił mnie na nogi i podniósł na tyle morale, że produkty kupione na kolację postanowiłem przechować na jutrzejsze śniadanie a sam skorzystałem z kuchni zajazdu i z lubością pochłonąłem bryzol wieprzowy podlany ciemnym piwem.
Po 20 gdy zamykali część jadalną zajazdu pan z obsługi pozwolił mi wstawić rower do środka knajpy. Wstawiając natknąłem się na innego pana z mopem, który czyścił podłogę , już się nastawiałem na przepraszanie, ale okazał się i ten drugi chłopak przyjaźnie nastawiony, nawet pomógł mi operować rowerem z doczepionymi sakwami między stolikami .
I tak zamknąłem dzień pierwszy, bo po położeniu się na chwilę na łóżku zasnąłem kamiennym snem.
Z niewielkiego dworca w Sandomierzu, który jest na prawym brzegu Wisły wysiadam wraz z ociężałym rowerem na niski peron i o ile w pociągu sądziłem ,że jest zimno bo działa klima, to na peronie okazuje się, że jest zimno bo jest zimno.

Sandomierskie zabytki widziane z mostu na Wiśle © teich

Wisła jeszcze przed połączeniem z Sanem © teich
Szkoda czasu na pieszczoty ruszam, przez most na Wiśle i jadę pod skarpę wiślaną aż do drogi 777 , która ma mnie wyprowadzić na właściwy kierunek. Na moście, w otwartym terenie czuję siłę wiatru i jego działanie nie tylko intensyfikujące chłód ale również spowalniające poruszanie się, niemniej już na pierwszym podjeździe okazuje się ,że wyjazd będzie pod znakiem intensywnej pracy przerzutek. Przy dojechaniu do Biedronki, za którą odbija droga na Zawichost mam już mokre od potu koszulki na plecach. Niby jest mi ciepło ale dokuczliwy chłodny wiatr wiejący teraz częściowo od przodu a częściowo z boku odbiera mi dość szybko poczucie termicznego komfortu. I tak walcząc z materią ciała dojeżdżam przez Dwikozy do Słupczy, gdzie zgodnie z rozpiską mam wypatrywać skrętu w lewo z ogólnym kierunkiem na dwór w Śmiłowie. Zaplanowany skręt znajduję prawie po przejechaniu całej miejscowości, odbijam w lewo i.... mam przed sobą podjazd z nachyleniem 6%. Jest ciężko ale tylko do połowy. Od połowy zaczynam pchać rower pod górę idąc z buta. Mija mnie traktor ale jego silnik również pracuje z dużym wysiłkiem , co usprawiedliwia moją decyzję podejścia pieszego .. Każdy podjazd się kiedyś kończy i jak już będąc na w miarę wypłaszczonym terenie, ruszam dalej naciskając na pedały . I niestety zamiast cieszyć się widokami to klnę na otwarty teren po którym wiatr hula bez ograniczeń.
W pewnym momencie dosyć zaskoczony widzę tablice Psary, co koresponduje z moją rozpiską nawigacyjną by uważać na mało czytelny skręt na Prusy, skręt odnajduję bez problemu i zmiana kierunku z czołowego na wiatr na boczny do wiatru przynosi trochę ulgi i jeszcze kilka kilometrów i pierwszy zaplanowany obiekt - dwór w Śmiłowie.

Zabytkowy dwór w Śmiłowie © teich
Odbijam się od zamkniętych drzwi- trzeba telefonicznie uzgadniać chęć zwiedzenia. Patrzę więc jedynie przez okna do wnętrza i widzę sporo ciekawych sprzętów dworskich. Może kiedyś będzie okazja zwiedzić w środku? Tymczasem ruszam dalej podbudowany , że za mną już 43 z zaplanowany około 70 kilometrów. O naiwności- to nie był dystans tylko prędkość maksymalna, wyszło to dopiero ze 2 godziny drogi dalej, gdy zmęczenie wzrosło a pokonany dystans stanął w miejscu.
Ale wracając do wypadu przed sobą miałem środkową część trasy , stosunkowo najłatwiejszą nawigacyjnie. Ogólny kierunek znów na zachód czyli czołowo na wiatr ale z niewielkimi podjazdami. I tak młócąc korbą dojechałem do celu nr 2 na ten dzień czyli Ćmielowa a w nim do żywego muzeum porcelany.

Fabryka porcelany w Ćmielowie © teich
W muzeum nie byłem , ale kwadrans spędziłem w przyfabrycznym sklepie i jednocześnie części muzeum- nie tyle ciekawiły mnie przedmioty co możliwość zagrzania się z przepoconymi koszulkami. W pewnym momencie nawet zajaśniało słońce co wykorzystałem na skierowanie się do sklepu i zjedzenie pierwszego posiłku , choć było to po 13. Przerwa na konsumpcję pod Stokrotką trwała coś koło pół godziny, niedojedzone parówki spakowałem do sakwy i ruszyłem dalej. Odpoczynek i zaspokojenie głodu uśpiło moją czujność i zamiast skręcić od razu na Drzenkowice dojechałem aż dwie miejscowości dalej do Grójca by uznać ,że coś jest nie tak. Tym razem rzut oka na papierową mapę pokazywał, że nadłożyłem drogi. Ale najgorsze było to, że najbliższa droga do Drzenkowic miała znów katorżnicze nachylenie, które pokonałem całe na rowerze ale z prędkością równą przemieszczającemu się piechurowi. Po wjechaniu na w miarę płaski teren widoki owszem przednie, ale ekspozycja na wiatr znów bezlitosna. Z Drzenkowic raptem może dwa kilometry do średniowiecznego kościoła w miejscowości Wszechświęte.

Kościół pw. Wszystkich Świętych w miejscowości Wszechświęte © teich
Kościół nawet widzę z daleka- stoi na wzgórzu (jak prawie wszystkie kościoły w tych okolicach) Ale na około kilometr przed kościołem okazuje się ,że moja droga odbija w prawo gdzie indziej , niż widziany z daleka kościółek. Niemniej od rozstajów dosłownie może z 500 metrów i melduję się przy średniowiecznym kościele p.w. Wszystkich Świętych- stąd zapewne nazwa miejscowości. Niestety odrzwia zamknięte- nic nie zobaczę z wnętrza.
Dwie fotki , cel nr 3 odkreślam i siadam na rower jadąc już ostatecznie do Opatowa. Po drodze okazuje się , że widoczny z daleka kościół, to kościół obronny w Ptkanowie, ale jestem już tak umęczony kolejnymi podjazdami , które na takich bocznych drogach nie mają nawet informacji o stromości podjazdów, że gdy przejeżdżam obok kierunkowskazu do tego kościoła i widzę jaką wysokość znów mam pokonywać w pionie odpuszczam. Dalsza droga do Opatowa jest już w miarę łatwa i kierunek wiatru mam trochę z boku trochę w plecy, taka odmiana.
W Opatowie melduję się ok 16, ale nie ma chętnych oprócz mnie na zwiedzanie, więc pani powiedziała bym zjawił się o 17 , wtedy otworzy kolegiatę i oprowadzi mnie z innymi turystami. Objeżdżam więc Opatów i 17 melduję się w PTTKu , niestety dalej jestem jedynym chętnym do zwiedzenia kolegiaty, ale pani nie robi już problemów i za 10 zł wejściówki oprowadza mnie po bieżnie po wnętrzu, ale wiadomości płyną jej prawdziwą rzeką z ust , widać, że chętnie poświęciła by mi 2 godziny a nie 2 kwadranse.

Wnętrze kolegiaty pw. św. Marcina - perła Opatowa © teich

Brama Warszawska w Opatowie © teich
A jest co podziwiać we wnętrzach tego kościoła. Wyszedłszy ok 17.30 konstatuję, że nie przypiąłem w ogóle roweru- na szczęście nie trafił się żaden zły człowiek i nie odjechał rowerem z prawie całym moim dobytkiem wyjazdowym. Pytam jeszcze o bankomat i tu jest zagwozdka , we wskazanym przez panią miejscu nie było bankomatu, ale była inna uczynna pani, która zapytała swoją sąsiadkę, która zapytała córkę, która powiedziała, że bankomat będzie na pewno przy Biedronce. Na szczęści tam był i po pobraniu pieniążków i zrobieniu małych zakupów na kolację udałem się do Okaliny, gdzie wcześniej miałem umówiony nocleg pokonując siłą woli i ostatkiem sił kolejny podjazd.
W motelu gorący prysznic postawił mnie na nogi i podniósł na tyle morale, że produkty kupione na kolację postanowiłem przechować na jutrzejsze śniadanie a sam skorzystałem z kuchni zajazdu i z lubością pochłonąłem bryzol wieprzowy podlany ciemnym piwem.
Po 20 gdy zamykali część jadalną zajazdu pan z obsługi pozwolił mi wstawić rower do środka knajpy. Wstawiając natknąłem się na innego pana z mopem, który czyścił podłogę , już się nastawiałem na przepraszanie, ale okazał się i ten drugi chłopak przyjaźnie nastawiony, nawet pomógł mi operować rowerem z doczepionymi sakwami między stolikami .
I tak zamknąłem dzień pierwszy, bo po położeniu się na chwilę na łóżku zasnąłem kamiennym snem.
- DST 73.00km
- Czas 07:01
- VAVG 10.40km/h
- VMAX 43.20km/h
- Temperatura 18.0°C
- Kalorie 2760kcal
- Podjazdy 744m
- Sprzęt szatyn Romek
- Aktywność Jazda na rowerze
Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy. Komentuj


