Sobota, 30 maja 2026
Tur de Świętokrzyskie- Widełki Daleszyckie - Jędrzejów
Kładąc się poprzedniego dnia do łóżka słyszałem w sklepie audycję radiową z prognoza pogody zapowiadającą deszcz. Nie mogłem zrewidować tego z internetem bo agroturystyka Kuźnia jest położona tak, że nie ma tam żadnego sygnału komórkowego. Postanowiłem jednak w miarę możliwości nie guzdrać się rano tylko wyjechać maks o 9.30. Z panią gaździną ustaliłem menu na śniadanie i godzinę podania na 8.30. Choć nie mam w zwyczaju jeść śniadań przed 11 to tym razem skusiłem się by nie wyjechać bez solidnej porcji jajecznicy z własnych jajek, porcji wędlin , własnych serów białych , ogórków kiszonych , serów smażonych i więcej nie był w stanie pomieścić mój żołądek. Byłem tu już chyba ze 3 razy, za każdym razem jestem onieśmielony gościnnością i ciągła rozbudową zaplecza turystycznego . Od ostatniego razu sprzed 2 lat doszło miejsce grillowo ogniskowe, plac zabaw dla dzieci z torem do kapsli i jeszcze cos tam, ale za wiele nie widziałem na dworze.
O 9.30 rzeczywiście spakowany ruszam w trasę do Jędrzejowa- ogólny kierunek jakże by inaczej na zachód czyli na przeciw wspomnianemu wielokroć legendarnemu świętokrzyskiemu wiatrowi. Pierwsze 12 kilometrów jadę w ciemno drogą pożarowa przez lasy, która co prawda nie zgadza się z mapą, ale kierunek słuszny. Ba to nie jest droga pożarowa, to istna leśnostrada, dość powiedzieć, że na potrzeby tej drogi przebito się kilkukrotnie przez wydmy leśne, by zachować poziom drogi.
Ale wszystko co dobre się kończy a wszystko co nie zgadza się z mapą kończy się w ... lesie. Dalej zamiast pięknej leśnostrady miałem jakieś zarastające dróżki leśne, człowiek ma swoje lata i swój rozsądek życiowy, wybrałem dalszą drogę tym duktem, w którym odciśnięte były ślady kół rowerowy. Po około 20 minutach pochwaliłem swoją roztropność dojeżdżając do osady Holendry o drobne 2 kilometry na zachód od planowanej jazdy przez Smyków. No i pech wzięła górę nad rozwagą bo uśpiłem czujność i przegapiłem skręt greenvelo na Morawicę , dokąd chciałem się udać a pojechałem prosto. Zwiodło mnie oznaczenie na kierunkowskazie, który nie informował o drodze na Morawicę, tylko o Kielcach. W sumie miał rację , ale ja nie skręcając wpadłem na dłuższy wariant dojazdu na stację, a chmury deszczowe gęstniały z kwadransa na kwadrans.
O swoim błędzie dowiedziałem się bardzo późno, gdy wjechałem do dużej miejscowości, która okazała się być Pierzchnicą a nie Morawicą. Ponieważ nie mogłem sobie pozwolić na spóźnienie na pociąg to byłem zdyscyplinowany w zwiedzaniu miejscowości, oglądnąłem rynek, zwiedziłem kościół akurat dekorowany na uroczystość pierwszej komunii i ruszyłem w drogę .

Rynek w Pierzchnicy © teich

Kościół pw. św. Małgorzaty w Pierzchnicy © teich

Wnętrze kościoła pw. św. Małgorzaty w Pierzchnicy © teich
Niestety znów źle, ale tym razem zorientowałem się po ok kilometrze, więc nawrotka i orka pod górę do Lisowa, przez miejscowość Górki, chyba nie muszę pisać ,że miejscowość z taką nazwą nie leży w dołku. Na dojeździe do Lisowa zaczyna niestety być już bardzo ciemne niebo, po fotkach kościoła jadę dalej bez zwłoki i pierwsze krople dopadają mnie w Zalesiu przy wjeździe na drogę 73, z której dosyć szybko skręcam na Chałupki. Już nie cieszą mnie krajobrazy a martwi ewentualna ulewa, na szczęście mam do czynienia z pojedynczymi zupełnie delikatnymi kroplami deszczu, ale kurtki trzepotki nie zdejmuję już do końca.

Drewniany ościół pw. św. Marii Magdaleny w Chomentowie © teich
Przez Chomentów, Stanowice dojeżdżam do Sobikowa i tu już zaczyna regularnie padać deszcz i popełniam kolejny błąd tym razem skutkujący dodatkowymi 5 kilometrami oraz sporym podjazdem , na szczęście ostatnim w tej eskapadzie. Kilka kilometrów za Sobikowem deszcz ustał , jednak nogi moczyłem jeszcze długo do wody zalegającej na asfalcie. Na stację w Jędrzejowie dojechałem 35 minut przed odjazdem pociągu co pozwoliło mi się jeszcze przebrać w suche ciuchy na podróż i zrobić małe zakupy na podróż w położonej na przeciw stacji biedronce.

Rynek w Jędrzejowie, w białej kamienicy muzeum zegarów © teich
O 9.30 rzeczywiście spakowany ruszam w trasę do Jędrzejowa- ogólny kierunek jakże by inaczej na zachód czyli na przeciw wspomnianemu wielokroć legendarnemu świętokrzyskiemu wiatrowi. Pierwsze 12 kilometrów jadę w ciemno drogą pożarowa przez lasy, która co prawda nie zgadza się z mapą, ale kierunek słuszny. Ba to nie jest droga pożarowa, to istna leśnostrada, dość powiedzieć, że na potrzeby tej drogi przebito się kilkukrotnie przez wydmy leśne, by zachować poziom drogi.
Ale wszystko co dobre się kończy a wszystko co nie zgadza się z mapą kończy się w ... lesie. Dalej zamiast pięknej leśnostrady miałem jakieś zarastające dróżki leśne, człowiek ma swoje lata i swój rozsądek życiowy, wybrałem dalszą drogę tym duktem, w którym odciśnięte były ślady kół rowerowy. Po około 20 minutach pochwaliłem swoją roztropność dojeżdżając do osady Holendry o drobne 2 kilometry na zachód od planowanej jazdy przez Smyków. No i pech wzięła górę nad rozwagą bo uśpiłem czujność i przegapiłem skręt greenvelo na Morawicę , dokąd chciałem się udać a pojechałem prosto. Zwiodło mnie oznaczenie na kierunkowskazie, który nie informował o drodze na Morawicę, tylko o Kielcach. W sumie miał rację , ale ja nie skręcając wpadłem na dłuższy wariant dojazdu na stację, a chmury deszczowe gęstniały z kwadransa na kwadrans.
O swoim błędzie dowiedziałem się bardzo późno, gdy wjechałem do dużej miejscowości, która okazała się być Pierzchnicą a nie Morawicą. Ponieważ nie mogłem sobie pozwolić na spóźnienie na pociąg to byłem zdyscyplinowany w zwiedzaniu miejscowości, oglądnąłem rynek, zwiedziłem kościół akurat dekorowany na uroczystość pierwszej komunii i ruszyłem w drogę .

Rynek w Pierzchnicy © teich

Kościół pw. św. Małgorzaty w Pierzchnicy © teich

Wnętrze kościoła pw. św. Małgorzaty w Pierzchnicy © teich
Niestety znów źle, ale tym razem zorientowałem się po ok kilometrze, więc nawrotka i orka pod górę do Lisowa, przez miejscowość Górki, chyba nie muszę pisać ,że miejscowość z taką nazwą nie leży w dołku. Na dojeździe do Lisowa zaczyna niestety być już bardzo ciemne niebo, po fotkach kościoła jadę dalej bez zwłoki i pierwsze krople dopadają mnie w Zalesiu przy wjeździe na drogę 73, z której dosyć szybko skręcam na Chałupki. Już nie cieszą mnie krajobrazy a martwi ewentualna ulewa, na szczęście mam do czynienia z pojedynczymi zupełnie delikatnymi kroplami deszczu, ale kurtki trzepotki nie zdejmuję już do końca.

Drewniany ościół pw. św. Marii Magdaleny w Chomentowie © teich
Przez Chomentów, Stanowice dojeżdżam do Sobikowa i tu już zaczyna regularnie padać deszcz i popełniam kolejny błąd tym razem skutkujący dodatkowymi 5 kilometrami oraz sporym podjazdem , na szczęście ostatnim w tej eskapadzie. Kilka kilometrów za Sobikowem deszcz ustał , jednak nogi moczyłem jeszcze długo do wody zalegającej na asfalcie. Na stację w Jędrzejowie dojechałem 35 minut przed odjazdem pociągu co pozwoliło mi się jeszcze przebrać w suche ciuchy na podróż i zrobić małe zakupy na podróż w położonej na przeciw stacji biedronce.

Rynek w Jędrzejowie, w białej kamienicy muzeum zegarów © teich
- DST 73.00km
- Teren 12.00km
- Czas 05:12
- VAVG 14.04km/h
- VMAX 33.00km/h
- Temperatura 16.0°C
- Kalorie 2196kcal
- Podjazdy 704m
- Sprzęt szatyn Romek
- Aktywność Jazda na rowerze
Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy. Komentuj


